sobota, 12 marca 2011

来る来る!, czyli uwaga wstrząs nadchodzi...

(12 marzec)
Ten wpis będzie o tyle wyjątkowy, że napisany jeszcze dość „na gorąco” , czy też na bieżąco, ze względu na wczorajsze okoliczności, czyli to starszne trzęsienie ziemi…

Na początek przede wszystkmi zapewniam, że żadnej z nas nic się nie stało i jesteśmy całe i zdrowe:) chociaż ja jestem nadal przestarszona…

Niestety te straszne obrazki, które pokazuja w tv są prawdą i na północnym wschodzie Honshu wczoraj działy się rzeczy straszne, w które do tej pory jest mi trudno uwierzyć…

Miejsce naszego pobytu, czyli Hakone,lezy ponad 70 km na południe od Tokio. Też nieźle nas tutaj wytrzęsło wczoraj (ponad 5 stopni, w regionach najbardziej dotknietych było 8.9...!), ale całe szczęście nikomu nic się nie stało, nasz hotel stoi tak jak stał i żadnych spektakularnych zniszczeń nie ma.

Wczoraj w momencie tzręsienia ziemi wracałyśmy właśnie do pracy po tym jak byłyśmy razem z opiekunką naszego stażu w jednym z okolicznych muzeów. Wsiadłyśmy właśnie do autobusu, który przejechał tylko kawałek i się zatrzymał bo kierowca poczuł pierwsze wstarząsy. Jak tylko zdążył powiedzieć przez mikrofon do pasażerów,że „Wygląda na to,że zbliża się trzęsienie ziemi” wstrząsy stały się mocniejsze... Inne samochocdy na ulicy też się zatrzymały.
Przez około 40 sekund co najmniej bujało naszym autobusem z jednej strony na drugą, tak jak jakąś kołyską... Momentami bujało naprawde niebezpiecznie mocno, chociaz my nie do końca wydaje mi się, ze czułyśmy jak mocne są te wstrzasy, bo autobus je jakby zamortyzował.
Był starch, ale nie było żadnej paniki w autobusie, może oprócz tej na naszych twarzach (chociaż ja o dziwo na poczatku zachowałam w miarę zimna krew..), ale jak widziałyśmy jak wielkie ze strachu stały się oczy naszej opiekunki (która powiedziała nam za chwilę, że to było jedno z mocniejszych, jeżeli nie najmocniejsze tzręsienie ziemi jakie doświadczyła mieszkając w okolicy Hakone), wiedziałyśmy, że naprawdę wesoło nie jest.

Jak wstrząsy ustały, autobus ruszył dalej jakgdyby nigdy nic i po około 25 minutach byłyśmy z powrotem w naszym hotelu. Mimo naszych obaw (niektóre budynki mają ponad 100 lat), stał na swoim miejscu. W hotelu wszyscy byli zdizwieni tym, jak mocny był ten wstrząs sprzed 25 minut, u wielu dało się wyczuć zmartwienie,ale na pewno nie panikę. Wszystko w hotelu działało jak zawsze, tylko nam było troche dziwnie się w to wpasować…

Od przyjazdu do Japonii, przez te trzy miesiące kilka razy przynajmniej ziemia zatrzęsła się, ale zawsze krótko, bez żadnych konsekwencji i ze skwitowaniem z mojej strony do Kasi :”Ej poczułaś jak się trzęsło?”. Na co Kasia przeważnie odpowiadała ku mojemu rozczarowaniu „Nie, nic nie poczułam”…:)

Parę razy też wspominałysmy do siebie, że spodziewałyśmy się po przyjezdzie, że jedną z pierwszych rzeczy jakie nas naucza to zachowanie się na wypadek trzęsienia ziemi, ale nic takiego nie miało miejsca (pomimo tego, że o tym wspominałyśmy), więc myślałam sobie, że jakby co pozostanie mi tylko zdrowy rozsądek i wiedza teoretyczna, którą zdobyłam oglądając kilka razy programy na temat trzęsień ziemi na Discovery Channel i tym podobnych (:D)

Po kilku minutach od dotarcia do hotelu, jak akurat myłyśmy zęby w toalecie: bum!!! – kolejny wstrząs, może nie tak długi jak poprzedni, ale straaasznie mocny,budynek wydał z siebie starszne odgłosy, a że byłyśmy tym razem w środku to przynajmniej ja miałam wrażenie, że odczułam go jeszcze mocniej niż w tym autobusie i wtedy na serio się przestarszyłyśmy, zresztą nie tylko my, ale reszta osób w hotelu także.
Kasia ze stresu popłakała się, ja trochę zdezorientowana niewiedzielam co robić; z jednej strony chciałam iśc do miejsca gdzie była nasza opiekunka, z drugiej strony chiałam uciekać ile sił na zewnątrz, a z trzeciej już sama nie wiedziałam bo widziałam jak inni po chwili powracali do swoich obowiązków… Ja nie dam rady...
Kasi na początku nie dało się z miejsca ruszyć, bo chiała się uspokoić, i wszyscy dookoła zbiegli się, próbujac jej pomoc. W końcu wyszliśmy z kilkoma innymi osobami na zewnatrz, gdzie wydawało się, że jest najbezpieczniej. Większośc osób pracujących na zapleczu hotelu w tym czasie, było „na” telefonach komórkowych.

Po kilku czy kilkunastu minutach stania na zewnątrz jeden z pracowników popatrzył na swój telefon i zaczłął krzyczeć „Kuru!Kuru!” czyli „Idzie! Idzie!/Zbliża się!Zbliża się!” i po około 10 sekundach znowu bardzo mocno zatrzęsło i cieszyłam się, że nie jestem w tym czasie w budynku, wiedząc i słysząć jak starsznie trzęsa się okna. Większość Japończyków ma na swoich telefonach zainstalowaną aplikację, która na 10-15 sekund przed tym jak wstrząs ma nawiedzić miejsce w którym się znajdujesz, zaczyna pikać i wysyła wiadomość. Ktoś by powiedział, że co tam to 10-15 sekund daje, a jednak wydaje mi się po wczoraj, że nie jest to rzecz pozbawiona sensu.

Po tym wstrząsie zostałyśmy z Kasią na zewnątrz przez kolejne kilkadziesiat minut co najmniej. Znalazłyśmy sobie miejsce gdzie nic wysokiego w pobliżu nie bylo.
Wtedy też za pomocą neta w Kasi telefonie dowiedziałyśmy się dokładnych informacji o tym trzęsieniu ziemi i się przeraziłyśmy czytajac wiadomości z północy Honshu, czy nawet z Tokio…
Pierwszym odruchem po szybkim przeczytaniu strasznych nagłówki było wysłanie do bliskich smsa i umieszczenie na facebooku wiadomości o tym, że nic nam nie jest. Dla mnie w tym momencie największym stresem było to, żeby moja rodzina oglądajac to co się dzieje tv nie wpadła w panikę i rozpacz. U nas trzęsło baardzo, ale nie tak bardzo i nie bylo tragicznie w skutkach...
Kolejna myśl to czy wszystkim naszym znajomym o których wiemy, że przebywają w Japonii nic się nie stało…(to akurat rozstzrygało się do dzisiejszych późnych godzin popołudniowych - UFF:)) wiedziałysmy, że w jednym z najbardziej dotkniętych miejsc, w Sendai jest jedna osoba z naszego uniwersytetu…

Po jakimś czasie wróciłyśmy do budynku, z nadzieją, że te wstrząsy to już był koniec i będziemy mogły gdześ na zapleczu Front Desk przesiedzieć te kilkadziesiąt minut jakie pozostały nam do końca naszej pracy.
Zobaczyłam wtedyna Front Desku odręczne notatki, na których było spisane co w jakim pokoju się stało w efekcie wstrząsów, ale były to naprawde rzeczy poweidzmy „błahe” jak na sytuacje, np. gdzieś spadł jakis obrazek ze ściany, czy kawałek tynku itd.

Wtedy też niejako zamieniłyśmy się z Kasią rolami – ona się nieco uspokoiła, a mnie zaczał pzrerażać każdy choćby najmniejszy wstrząs. Za każdym razem kiedy coś poczułam chciało mi się płakać i uciekać gdziekolwiek. Nie wytrzymałam w środku bydynku i tak znowu znalazłyśmy się na zewnątrz. Dobrze, że chociaż panikowałyśmy na zmianę i zawsze jedna z nas miała siłę, żeby uspokajac drugą.

W tym czasie wszyscy nasi koledzy i koleżanki z pracy, zapewne by uspokoić klientów, nie wprowadzać paniki i zapewnić „normalne” funkcjonowanie hotelu, pracowali jak gdyby nic się nie stało. Przynajmniej tak to wygladało…
Większość jak nas widziała ze zrozumieniem podeszła do naszej „niedyspozycji psychicznej”, zwłaszcza, że w oczach wielu z nich też można było dojrzeć strach.

My nie byłyśmy w stanie wrócic do pracy, bo to było dla nas pierwsze tego rodzaju przykre doświadczenie i naprawdę obydwie na swój własny sposób byłyśmy w szoku. Ja zdecydowanie nie jestem przyzwyczajona do trzęsienia ziemi i nie potrafie być aż tak dzielna jak ludzie, z którymi na co dzień pracuję. Nie mam pojęcia nawet jak miałabym się zachowac w sytuacji keidy ziemia zaczyna sie mocno trzęść a ja odprowadzam gości do pokoju podczas goannai...No chyba nie powiedziałabym im: "Pamietają Państwo to wyjście ewakuacyjne, które przed chwilą minęlismy? To radze przez nie uciekać"...W takich sytuacjach nie ma żartów...
Były też osoby, które być może nieco rozbawił nasz strach i oczekiwały od nas pełnej gotowości do pracy, ale nie było ich wiele. Wiele osób jest po prostu tak oswojona z trzesieniami ziemi, że dziwią się dlatego, inni po prostu nie wiedza, ze w Polsce czegoś takiego jak trzęsienia ziemi nie ma. Jeszcze inni z kolei jak dowiedzieli się o naszym strachu, spoglądali na nas z przejęciem, bliskim politowania w momencie kiedy dowiadywali się, ze Polska jest wolna od tego rodzaju kataklizmów... więc co my biedne musimy przeżywać...

Kiedy tak przestałyśmy kolejnych kilkadzieśiąt minut na zewnatrz (w czasie których znowu się zatrzęsło ale już słabiej) przyszła do nas nasza opiekunka i widząc nasze zmartwienie i przygnębienie zaprowadziła nas do biur jinjika (personal section) gdzie spędziłyśmy kolejną godiznę kontaktujac się z bliskimi i przyjaciółmi przez interent, uspokajając ich, że nic nam nie jest i pewnie też dzięki temu uspokajając także siebie. W biurze atmosfera raczej spokojna,włączona tv z relacją "live" ale wszyscy prawie siedzieli w kurtkach na wypadek gdyby należało wybiec na zewnątrz.

My byłyśmy nadal na tyle pzrestraszone w obliczu zapowiedzi dalszych wstarzasów wtórnych, że niechętnie zdecydowałyśmy się po godzinie wrócić do naszego pokoju w akademiku. Zostałyśmy wcześniej poinstruowane o tym, jak najlepiej się zachować w razie niebezpieczeństwa, upewniono nas, że jakby co to mamy się nie czaić tylko dzwonić, albo przyjść do hotelu, w którym niektórzy z pracowników zostawali na noc.
Wczorajszy wieczór przesiedziałyśmy przy naszych komputerach i włączonym non-stop telewizorze na naszych co chwilę trzęsących się łóżkach, mniej więcej do 1 w nocy. Byłoby mi dużo ciężej gdybym była tutaj sama.

Ciężko było położyc się spać, pomimo zmęczenia. ..Strach i tyle.

Przede wszystkim wlasnie ze starachu mamy „pod reką” przygotowane rzeczy na wypadek gdybyśmy miały uciekać, chociaż raczej nie będzie takiej potrzeby. Ja położyłam się wczoraj spać w ciuchach, żeby jakby co nie uciekac w piżamce…

Trzęsło wczoraj wieczorem i w nocy cały casz, parę razy naprawde mocno…
Co zrobić...Mówią, że tak będzie trzęsło jeszcze trochę, więć trzeba się
”przyzwyczaić”. Będę się starać, bo nie chcę nabawić się jakiejś traumy po tym trzęsieniu...

Wierzymy w co nam mowią tutaj wszyscy, że Hakone jest i tak dośc dobrze polożone i nam nic strasznie starsznego nie grozi. Wczoraj żadnych spektakularnych zniszczeń nie było, więc nie mamy powodów żeby w to nie wierzyć. Hakone jest wysoko położone więc tsunami nas na pewno nie dosięgnie.
Tak więc nie martwcie się za bardzo - nie powinno być źle, co najwyżej bardzo nieprzyjemnie.

Na koniec jedna rzecz. Przeczytałam dzisiaj rano na stronie internetowej jednej z polskich stacji informacyjnych nagłówek „Japończycy nie okazują emocji” i mocno mnie to zirytowało…Uważam że tego rodzaju "opinie" (zwłaszcza w nagłówkach) są jakims tragicznym nieporozumieniem, które sprzyja w wyrobieniu mylnej opinii o tym co tutaj się dzieje i jak na to reagują ludzie.

Fakt, że mało kto tutaj wpada w takiej jak ta wczorajsza niebezpiecznej sytuacji w panikę czy histerię, nie świadczy jeszcze o tym, że jest się pozabwionym emocji. Ja widziałam wczoraj na twarzach większości osób wiele emocji. Tak, rzeczywiście nie są one okazywane aż w tak bezpośredni (czy też głośny) sposób jak na Zachodzie, ale widziałam jak wczoraj wiele osób „ściągnęło” swoją „maskę” z twarzy, bo to są normalni ludzie, nie tylko wielcy potomkowie samurajów, dla których hart ducha jest rzeczą najważniejszą. Japończycy są bardzo dumnym narodem i maja w głowach zakodowane to, że muszą być gotowi na tego rodzaju sytuacje (zwłaszcza, że mniejsze trzęsienia ziemi nie są rzadkością) , więc są z tego powodu raczej niezwykle dzielni i potarfią szybko dobrze się zorganizować , otrząsnąć i wrócić do swoich obowiązków. To, że nie popadają w wielką panikę jest godne podziwu i pozazdroszczenia.

Okazywanie emocji nie polega przecież tylko na krzyku,histerii, czy płaczu w momncie zagorżenia, ale również na bardziej subtelnych sposobach jego wyrażania, chociażby takich kiedy matka ze wszystkich sił przytula swoje dziecko by je osłonić swoim ciałem, tak na wszelki wypadek, ; sa to też pzrestraszone oczy osób, martwiących się o to, czy ich bliskim nic się nie stało.
To, że Japończycy potrafią natychmaist wrócic do swoich obowiazków i wkrótce po tym co się stało uśmiechac sie do siebie czy nawet śmiać się i żartować, może nas dziwić( i mnie dziwi), ale nie jest oznaką totalnego zobojętnienia. Moim zdaniem bierze się raczej z przyzwyczajenia do trudnych warunków w jakich przyszło im żyć i dzielnie znosić. Zresztą, pewnie składa sie na to wiele innych czynników wynikających z ich wierzeń, sposobu myślenia, kultury, które wykraczają poza ramy mojej skromnej jak na tą chwilę wiedzy...
Ale strasznie mnie wkurzają tego typu "sensacyjne" nagłówki...

Kończę tym swój wpis. Emocje trochę opadły, ale niepokój pozostał, bo dalej nami trzęsie niemal co chwilę. Tylko, że dosyć słabo.
Starsznie dużo miejsca dzisiaj poświęcaja w tv tej elektrowni jądrowej w Fukushimie...Straszne...miejmy nadzieję, że już nic się nie stanie, bo naprawdę ciężko i przykro jest mi patrzeć na to co już sie stało:(

czwartek, 10 marca 2011

Gdzie się podziały Gumisie?, czyli Disneyland Tokio

(10 luty)Gdzie się podziały Gumisie?, czyli Disneyland Tokio



10 lutego nastąpiła rzecz niesamowita. Nie chodzi mi o to, że mogłam po raz pierwszy przekonać się o tym jak szybko jezdzi Shinkansen…(a jezdzi naprawdę szybko). Był to dzień , w którym przeniosłam się w czasie o jakieś 20 lat wstecz by jeszcze raz poczuć się jak dziecko:) W przeddzień powrotu do kraju stażystów z Indonezji, pojechaliśmy razem do tokijskiego Disneylandu:D

Pojechaliśmy super szybkim Shinkansenem. Jak jezdzimy do Tokio „normalnym” pociągiem, podróż z Odawary zajmuje około 1 godziny 40 minut. Shinkansen ta samą trasę pokonuje w 40 minut…:) Jedzie naprawdę szybko, czego w ogóle nie czuć, jest bardzo cicho i wygodnie. (Ech! Chciałabymm zapomnieć o PKP!:D) Jedynym „ale” co do Shinkansenów jest, jak się można domyślić, cena biletu. Tanio niestety nie jest. „Normalny pociąg” kosztuje nas 850 jenów w jedną stronę, Shinkansen kosztował (całe szczęście nie nas...) 3100 jenów.



Welcome to Disneland Tokio! Już z daleka widać wielki pałac księżniczki, który jest oczywiście atrapą..Jak byłam dzieckiem i widziałam taką sama atrapę w tv jak pokazywali Disneyland na Florydzie nie chciałam uwierzyć jak Mama mówiła „Dziecko, to nie jest prawdziwy zamek!”…Cóż….Mamo… miałaś rację…:P

Wszędzie jest strasznie kolorowo, z głośników non-stop wydobywa się przesłodzona muzyka z bajek (osobiście po dłużym czasie miałam jej trochę dosyć..powiedzmy, że wolę cieższa muzykę...)i przeróżne atrakcje, gdzie by się nie poszło.





Niemal co krok można się natknąć na postać z jakiejś bajki pozującą do zdjęć i machajacą radośnie (słowa nie oddadzą tego jak radośnie:P) wszystkim wokoło rękami. Do zdjęcia z Myszką Mickey i Minnie trzeba było czekac około 40 minut… Nie chcialo mi się...



Pełno sklepów z przeróznymi pamiątkami - od maskotek,breloczków, ubrań, aż po rzeczy do wyposażenia mieszkania…wszystko z ulubionymi postaciami z bajek Disneya, do wyboru. W jednym ze sklepów można było kupić Mickey&Minnie Mouse jako laleczki hinamatsuri (profanacja!:D).



Chyba największym powodzeniem wśród pamiątek cieszyły się uszy myszki Mickey albo Minnie, bo co druga osoba nosiła cos takiego na głowie…



Ludzi masa…! To musi być starszne co tutaj się dzieje w weekendy, skoro my byliśmy w czwartek,a żeby dostać się do niektórych atrakcji trzeba było odstać swoje nawet po 2,5 – 3 godziny w kolejkach…



Kasia, ja i nasza Anielica nie chcąc stać po 2,5 godziny w kolejce do Splash Mountain (łódka, którą zjezdża się gwałtownie w dół) poszukałyśmy atrakcji na których czekanie nie zajęło nam więcej niż 30 minut. I tak, w Fantasyland udało nam się przejechać łódką cały świat w miniaturze, jak to reklamowano po angielsku „happiest cruise that ever sailed” . Rzeczywiście bardziej „kawaii” świata nie można zobaczyć..do tej pory czasami włącza mi się w głowie piosenka która tam leciała „世界はひとつ” tłumaczona na angielski „It’s a small world after all…”, ogłupiające:P.





Odwiedziłyśmy też domek Chip&Dale'a, „poszalałyśmy” gokartem na torze wyścigowym, powłóczyłysmy się po Toon Town, a nawet przeleciałyśmy się statkiem kosmicznym ze Star Wars w Tomorrowland (yyeeey!!!):)





Później był jeszcze Jungle Cruise (do obrońców zwierząt: to były tylko poruszajace się figury…) i Western River Railroad (ciuchcia, która objeżdża cały Disneyland dookoła).





A jak zrobiło się ciemno, parada Dreamlights... (takie show gdzie kolejno na specjalnie podświatelanych platformach „jadą” postaci z bajek). Na więcej się nie zdążylismy załapać…Te kolejki...

fot. Kasia

fot. Kasia

Ja miałam straszną nadzieje, że tego dnia uda mi się spotkać… Gumisie:D Starsznie lubiłam tą bajkę, chyba najbardziej ze wszystkich Dobranocek Disney’a emitowanych za czasów mojego dzieciństwa o 19.05 na TVP1 w każdą niedzielę. Schodziłam caly Disneyland i nic!!! No gdzie one się podziały???

Gumisie:)

Żadnego Gumisia nie spotkałam. ..:( Niestety…W Japonii nikt właściwie tej bajki nie zna…:( Co zrobić…dobrze, że nie jestem już dzieckiem i rozumiem, że nie wszystkie marzenia mogą się spełnić…:P

Tak w ogóle to w Disneylandzie pracuje chyba w jednym miejscu najwięcej cudzoziemców w całej Japonii!:D no ale to w sumie nic dziwnego...No bo kogo innego zatrudniliby do odegrania Kopciuszka, Śpiącej Królewny, Alicji w Krainie Czarów, czy Piotrusia Pana??? Wszystko to właśnie są gaijini:D ich kostiumy są rzeczywiście „bajkowe”,ale przez starszliwie gruba warstwę makijażu na twarzy wygladają jak figury woskowe, które w cudowny sposób ożyły…





I tak minął nam cały dzień. Wieczorem do Hakone wróciłyśmy już tylko my dwie – stazyści z Indonezji zostali w Tokio, bo na następny dzień mieli samolot do domu…Papa!:<

Ps. Czy ktoś wie gdzie można spotkać Gumisie???...:P

niedziela, 6 marca 2011

送別会, czyli ありがとうさようなら友達!

(8 luty)
送別会, czyli ありがとうさようなら友達!

Wspominałam kilka razy w swoich wpisach o tym, że w naszym hotelu oprócz nas – stażystek z egzotycznej Polski, jest 6 stażystów z Indonezji (2 dziewczyny i 4 chłopaków) i jedna stażystka z Korei.
Indonezyjczycy przyjechali do Japonii jeszcze przed nami, w październiku, a koleżanka z Korei na początku stycznia.
Bardzo szybko z Kasią zaprzyjaźniłyśmy się z całą 7,więc było nam strasznie smutno, kiedy przyszedł czas, by ich pożegnać. Imu z Korei (też studentka japonistyki) wracała do swojego kraju 8 lutego, a Indonezyjczycy 11 lutego.
Nasi koledzy z Indonezji byli wszyscy na stażu w restauracji, dziewczyny trochę w restauracji, torchę w housekepping i chiwlę u nas w Guest Relation, gdzie cały swój staż spedziła Imu.

W związku z zakończeniem przez nich stażu w hotelu odbyła się jedna impreza oficjalna: 送別会(soubetsukai/przyjęcie pożegnalne) i 卒業式 (sotsugyoushiki/ceremonia ukończenia stużu) w jednym, oraz druga mniej oficjalna impreza w hotelowym barze.
Na tej oficjalnej miały zostać wręczone dyplomy/certyfikaty ukończenia stażu w Fujiya Hotel, wygłoszone tradycyjnie podziękowania i przemówienia, a stażyści mieli wszystkich poruszyć do łez swoimi wspomnieniami z pobytu:)

Było naprawdę mega oficjalnie... Wchodzimy do sali bankietowej w naszym hotelu (tzw. Kasukeddo ruumu), na dodatek nieładnie spóźnione około 10 minut (byłyśmy pewne, że jak zawsze powiedzieli nam, że mamy przyjść na daną godiznę, która zawsze okazywała się być przynajmniej pół godizny przed rzeczywistą godziną rozpoczęcia danego wydarzenia i siedizałyśmy zawsze niewiedząc co ze sobą począć, sierotki…:D) W Sali panowała bardzo poważna atmosfera. Na podeście (czy też scenie jak kto woli…) Szef Wszystkich Szefów i Szef Szefa Wszytskich Szefów, prezesi w komplecie, jacyś dziennikarze lokalni i któż wie kto jeszcze! Sala przyozdobiona flagami Japonii, Korei Południowej, Indonezji i Fujiya Hotel...




Nasi przyjaciele - główne gwiazdy (oczywiście zaraz po szefach i prezesach…zawsze pamiętaj gdzie twoje miejsce!:P) tego wieczora, odświętnie ubrani (Imu miała na sobie tradycyjną koreańską „sukienkę”, wyglądała wprost cudownie!), siedzieli przodem do sceny w jednym rządku i czekali na wręczenie im dyplomów. Ale do tego długa droga…Najpierw należało wysłuchać przemówień wszyyyyyystkich ważnych osób, a za każdym razem przed takim przemówieniem padała komenda od prowadzącego tą imprezę „Stażyści powstać!” i chwilę później „Stażyści usiąść!”.

Jest w końcu! – moment wręczenia dyplomów – Szef Wszystkich Szefów odczytuje uroczyście tekst certyfikatu (wydawało mi się, że odczytwyał także po angielsku…., ale nie jestem pewna…:P), każda osoba po kolei podchodzi i odbiera swój dyplom, po drodze w kilku miejscach przystając i kłaniając się głeboko.

Później bardzo miła część kiedy niemal każdy z prezesów i innych ważnych osób wręcza prezenty, chwila wzruszajacych wspomnień ze zdjęciami na telebimie...ej, serio było wzruszająco…:)



Jeden z prezesów uronił nawet niejedną łzę...

Na przyjęciu obecni też byli dyrektor i nauczyciele szkoły do której jezdziliśmy wszyscy w odwiedziny. Dzieci specjalnie na pożegnainie narysowaly wszystkim ich portrety:) Jakoś tak dziwnie sie stało, że i my z Kasia dostałyśmy swoje...chociaż nigdzie na razie sie nie wybieramy:P



sweet:)

Później był czas na „wyżerkę”. Pysznego jedzenia jak zawsze mnóstwo, tym razem menu wzbogacone zostało o tradycyjne potrawy kuchni indonezyjskiej i koreańskiej, na dodatek własnoręcznie przygotowywali je sami stażyści więc nie wypadało nie spróbować.Yummy!




Na sam koniec wszyscy obecni wstali, rozdzielili się na dwie grupy, które stanęły naprzeciw siebie rzędami, podnosząc do góry ręce tworząc taki jakby korytarz, w którym później przeszli wszyscy stażyści na drugi koniec sali. Następnie były oklaski. powiedziano nam, że to taki japoński zwyczaj przy tego rodzaju imprezach...




Cóż, później nastąpiła nieoficjalna i bardziej kamerelna część w hotelowym barze. Drinks on the house:)! !!

Takie nieoficjalne spotkania zawsze „zbliżają ludzi” i zawsze można doweidzieć się jakiś rewelacji na tematy przeróżne. Tak też było i tym razem….O mały włos nie zakrztusiłyśmy się z Kasią naszymi pysznymi drinkami, kiedy to podczas „zwierzeń” nasz Anioł Stróż zdradził nam swój wiek, ruinując tym samym swój obraz w naszych głowach:D. Bo my myślałysmy, że jest (za przeproszeniem…) "małolatem" i że jest młodszy od nas i ma jakieś 23-24 lata. A tu –bum!: okazało się, że 30 letni mężczyzna z niego! Nigdy byśmy mu nie dały 30 lat…Z reguły Japończycy wyglądają baaardzo młodo i trudno jest okrślić ich wiek (tylko pozazdrościć). Poprzez metodę prób i błędów mniej wiecej opracowałyśmy teraz z Kasią sposób na zgadywanie wieku Japończyków. Przeważnie należy dodać do tego co się myśli 5-6 lat... Serio, sprawdza się w ponad 90%...:) :D

Szkoda, że stażyści z Indonezji i Imu z Korei nie zostają na dłużej ..:(Będziemy tęsknić.

Siedząc tak i obserwując cały przebieg imprezy, myślałyśmy sobie trochę przerażone – „Ty, ale nas też coś takiego czeka???”/”O matko, nas też będą tak oficjalnie żegnać???”….może lepiej nie zawracać wszystkim głowy i poprosić, żeby wysłali nam dyplomy do Polski…? Tylko koniecznie razem z prezentami :)



Ps. Fotografie z przyjęcia są autorstwa Anioła Stróża:)

środa, 2 marca 2011

新年会po raz pierwszy…, 新年会po raz drugi…, 新年会po raz trzeci… BINGO!!!

(początek lutego)

新年会po raz pierwszy…, 新年会po raz drugi…, 新年会po raz trzeci… BINGO!!!

Pisałam już wcześniej o naszej imprezie z okazji nowego roku, czyli 新年会(shinnenkai), w Guest Relaton –ka.
Ostatnio miałyśmy okazję uczestniczyć w podobnych wydarzeniach, z tym, że na troche większą skalę. Pierwsze shinnenkai było tylko naszego Fujiya Hotel Miyanoshita, drugie całej sieci hoteli Fujiya( w sumie jest ich 8).
Porównując wszystkie trzy imprezy, najprościej możnaby powiedzieć, że poczynając od tego w GR-ka, wzrastał stopień oficjalności, rangi kazdej z imprez.

Podczas Shinenkai GR-ka atmosfera była bardzo wyluzowana, było głośno ,a dla niektórych skończyło się spaniem na podłodze izakaya:D (bynajmniej nie dla żadnej z nas…) Nasz kachou (szef)był niczym dobry wujaszek, który jakby co, będzie cię krył przed surowymi rodzicami, więc można było pozwolić sobie na bardzo dużo…Nikt nie zaglądał nikomu do kieliszka, wszyscy polewali wszystkim:D Była to wyśmienita okazja do poznania wielu „nowych” osób…tzn. można było w trakcie tej imprezy dojść do wniosku, że tak naparwdę,to do tej pory nie znałeś nikogo i np. Yamada (nazwisko przypadkowe) z którym codziennie pracujesz to nie ten sam Yamada, który siedzi teraz z toba przy stole i pije piwo tylko zupełnie ktoś inny:D

Impreza Shinenkai naszego hotelu to impreza, w której uczestniczyli wszyscy jego prezesi, więc już choćby dlatego było bardziej sztywnie. Czujesz się na tej imprezie „jak w domu”, ale jesteś już na oku „rodziców” więc musisz uważać na to co robisz, mówisz, a przede wszystkim co i ile pijesz (chociaż wszyscy cię namawiają do „złego”, a jak…) Jest osoba, która prowadzi taka imprezę zgodnie z tym jak została ona zaplanowana (pamiętamy o tym, że w Japonii wszystko musi być pod kontrolą…).Na początek i na koniec wyjdzie ktoś ważny by podziękować za zeszły rok i prosić o więcej w tym nowym, ale nikt nie ma pretensji jeżeli w tym czasie skupisz swoją uwagę na jedzeniu i piciu, pamiętajac tylko o tym, żeby w odpowiednim momencie wraz ze wszystkimi wstać i krzyknąć „kanpai!” (na zdrowei!) No i nie można skończyć śpiąc pod stołem:D

Shinnenkai sieci hotelów Fujiya to już sztywka na max – wielka sala, wykwinte dania, elegancki strój wymagany, była nawet rzeźba lodowa przedstawiajaca najstarszy budynek naszego hotelu, czyli było z wielką pompą:D!


Honkan jako rzeźba lodowa

Na początku Szef Wszystkich Szefów wraz z prezesami stoją przed dzrwiami i witają kolejno przybywających gości. I tutaj mieliśmy jakiegoś master of ceremony, który panował nad parwidłowym przebiegiem imprezy (..ech! znowu ta prefekcyjna organizacja!). Szef Wszytskich Szefów przemawia bite 20 minut bo obecni sa Szefowie Wszystkich Szefów innych hoteli ,pozostali prezesi w komplecie, prasa i nie tylko, burmistrz miasta też musi mieć swoje 5 minut (a może nawet 10) – stój, słuchaj, przytakuj, śmiej się z żartów i uśmechaj się.
Oczywiście należy się pilnować…! :D Oczywiście to „pilnuj się” odnosi się do tych co są niżej niż Szefowie Wszystkich Szefów i cała gromada prezesów, bo wiadomo, że im zawsze wolno wszystko i wszędzie:D A takim pionkom jak my (ba!nawet niektórym nie-pionkom) to nie można było jeść w trakcie, tylko dopiero jak wszystkim najważniejszym gościom pomachano na dowidzenia i zamknięto za nimi drzwi. Za to można było pić, ale jak wiemy to niebezpieczne na pusty żołądek pić alkohol, bo szybciej uderza do głowy. Przynajmniej w moim wypadku…

Co jeszcze charakterystyczne na imprezach tego rodzaju to to, że polegają na tym (po tym jak jest już po przemówieniach), że krążysz po sali…krążysz..od jednego romówcy do drugiego. Powitanie, krótka kurtuazyjna wymiana zdań (ja mam często problem z wyczuciem kiedy skończyć mówić..:D) i ruszasz dalej do kolejnej osoby, scenariusz się powtarza. Tymniemniej, dzięki takim wydawałoby mało znaczącym wymianom zdań, jestes w stanie poznać dużo osób, często bardzo ważnych. Jeżeli uda ci się zrobić na nich dobre wrażenie, to znajomość taka może stać się bezcenna. Ale o tym kiedy indziej.

Na koniec krótko o zabawie, która czasami towarzyszy tego rodzaju imprezom,czyli BINGO. W naszym hotelu przy okazji shinenkai , gra w bingo stała się już tradycją. Dla tych, którzy nie są wtajemniczeni w zasady tej jakże skomplikowanej gry: dostajesz planszę 5x5 z przypadkowymi liczbami i zakreślasz na swojej planszy liczbę, która zostanie wylosowana. Jeżeli uda ci się zebrać 5 w jednej lini, to wygrywasz i krzyczysz BINGO!, żeby wszyscy o tym się dowiedzieli :D. Nagordy w naszym hotelowym były nie byle jakie, bo np. nocleg w luksusowym hotelu w Yokohamie dla 2 osób, aparat cyfrowy, rower, wielki miś maskotka, a nawet proszek do prania!:D


przykladowa płansza do gry w bingo

Potrafię naprawdę głośno się wydrzeć i bardzo chiałam zaprezentować swoje możliwości tego wieczora, ale niestety 運が悪かった (un ga warukatta) , czyli szczęście się do mnie nie usmiechnęło:( Uśmiechnęło się za to do Kasi, która wygrała….lustro!!! Takie duuuże lustro do powieszenia na ścianę, rozwiązując tym samym nasz problem spowodowany jego wcześniejszym brakiem…naprawdę miałyśmy dość za każdym razem przed wyjściem pytać siebie nawzajem „Ty, pasuje mi to?/Dobrze w tym wyglądam?”. Małe lusterka do makijażu w takiej sytuacji nie wystarczają…rozumiecie…Nawet przed pójściem na tą właśnie imprezę, marudziłyśmy do siebie, że jakby to było wspaniale mieć lustro w pokoju:) No i mamy, dzięki temu, że w Kasi wypdaku 運がよかった!(un ga yokatta), czyli szczęście się do niej uśmiechnęło:)


wygrana Kasi

Teraz każda z nas ma możliwość dokonania krytycznej samooceny zanim wystawi się na widok publiczny:D Mi było trochę smutno, że nic nie wygrałam, ale przecież to tylko dlatego, że w tej grze nic nie zależało od moich wybitnych zdolności w żadnej dziedzinie:) Przynajmniej tak to sobie tłumaczę, żeby mi było lżej przełknąć tą porażkę:D

piątek, 25 lutego 2011

Total blackout, czyli ciemno wszędzie, głucho wszędzie...co to będzie?

(początek lutego)

Total blackout, czyli ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie?

Jak już pisałam ostatnio, styczeń i luty to miesiące, w których „ruch w interesie” jest nieco mniejszy. I tak jakoś pustawo się zrobiło w środku tygodnia. Na weekendy, kiedy ludzi jest zawsze pełno, check inów jest mniej więcej 110 i wiecej, a np. w poprzedni wtorek było ich tylko 31.
Jedyne czemu sprzyja taka sytuacja to…nie, nie opierdalanie się:D, ale renowacje, remonty, naprawy i tym podobne przedsięwzięcia.

Od zeszłego tygodnia niektóre miejsca w hotelu zmieniają się w place, a właściwie w placyki budowy. W jednym miejscu coś ktoś majsterkuje przy jakiś kabelkach, w innym ktoś maluje barierki przy schodach ( bo przeciez jak codziennie po kilknascie razy przeciera się je tym arukooru to farba łatwo schodzi..:D), nie mówiąc o rewolucji jaka musi się dziać w hotelowym muzeum 史料展示室 (shiryoutenjishitsu) skoro najpierw „oskubali” je chyba ze wszystkich rekwizytów i zamknęli, a zza zamknietych drzwi słychać jakies straszne pukania, stukania i wiercenia. (!)

Od pewnego czasu w naszym jimushou (biurze) wisiała kartka zapowiadająca 2 lutego hotelową apokalipsę:D no może trochę przesadziłam…ale z powodu zaplanowanych na ten dzień remontów, czy też renowacji, miało nie być światła w calusienkim hotelu, całym, bez wyjatku. Gości oczywiście na ten dzień należało się „pozbyć”, co dla większości pracowników oznaczało przymusowy dzień wolny. Wiem, że z pewnościa niektóre osoby były zawiedzione takim obrotem sparwy, ale na pewno nie my z Kasią:) Każdy pretekst do lenistwa jest dobrym pretekstem:D

Ale przez chwilę powiało grozą, bo na ogłoszeniu było napisane, że brak prądu w całym hotelu oznacza także brak prądu w naszym akademiku (który jest niedaleko)…a to oznaczało, że klima nie będzie działać, ogrzewania żadnego innego nie ma…uwaga będzie zimno, a nawet bardzo zimno!!! Czytamy dalej….jeszcze gorzej – każą nam się wynieść na jedną noc z naszego pokoju…ale gdzie my biedne się podziejemy?...Zawsze należy czytac do końca…będziemy spać w..naszym hotelu!..? W Foresuto Rojji (Forest lodge, najnowszy budynek w hotelu).



Yeey!cieszyłymsy się, bo nam swoich pieniędzy by raczej było żal, żeby zapłacić za nocleg bądź co bądź w miejscu naszej pracy, zwłaszcza, że ceny zaczynją się od około 700pln za najtańsze pokoje…A że będziemy siedzieć w tym pokoju większość czasu po ciemku? Trudno!... Na pewno dadzą nam jakąs latarkę !:D

Dzień total blackoutu. W hotelu od rana harmider, panowie zajmujący się na co dzień naprawianiem różnych usterek w pokojach i w całym hotelu biegają tam i nazat najwyraźniej szykując się do ataku na hotelowe wnętrza z chwilą gdy zgaśnie w nich ostatnie światło…:D Aż strach pomyśleć co tu się będize działo jak już wszyscy goście z poprzedniego dnia sobie pojadą do domów...

Ten przymusowy dzień wolnego postanowiłyśmy wykorzystać na zakupy, więc pojechałysmy do Odawary.Miałyśmy wrócić zanim zrobi się ciemno, tak by „nacieszyć się” naszym pokojem hotelowym w jego pełnej okazałości, jednak zakupy i nie tylko wciagnęły nas tak bardzo, że wróciłyśmy przed 22…:)

Pod hotelem ciemności i złowroga cisza…Wchodzimy do środka a tam jeszcze gorzej – istne pobojowisko!..Hotel naparwdę ma być jutro normalnie czynny??? Niemożliwe, nie da rady! –myślałyśmy. To co się działo było istnym obrazem nędzy i rozpaczy – dywany, podłogi pozrywane,wszystko nie na swoim miejscu, poprzykrywane foliami a na foliach syf, mnóstwo kabli i kabelków na wierzchu – otwarcie hotelu jutro na czas wydawało mi się mission impossible:D

Ale nie w Japonii...Tutaj jeżeli coś ktoś zaplanuje na dany dzień i godzinę, to tak się stanie i już! Znowu górą okazała się być perfekcyjna niemalże organizacja i jakżeby inaczej – zaangażowanie pracowników, wszystkich bez wyjątku. Kiedy na następny ranek o 8 przyszłyśmy do pracy, pozostały już tylko resztki ze wczorajszego pobojowiska, a każdy kto tylko mógł brał do ręki szmatkę, miotłę, odkurzacz, czy robił cokolwiek, tak aby niemożliwe stało się możliwym, czyli aby można było o 11 normalnie powitać gości. Nas ominęła gorączka ostatniej godziny sprzątania tylko dlatego, że w ten dzień wraz z pozostałymi stażystami poszliśmy odziwedzić lokalne przedszkole:) Obeszło się jednak bez naszej pomocy (:D), zgodnie z planem hotel otwarto o 11. Kiedy po 12 wróciłyśmy z przedszkola, wszystko” hulało” jak należy.

A co do naszego noclegu w Forest Lodge…Dostałyśmy najlepszy pokój na piętrze,201, o trochę wyższym standardzie i nieco innym wystroju niż pozostałe, ale siedząc przy dwóch latarkach nie byłyśmy w stanie docenić w pełni jego uroków:D Jendakże przyzwyczajone do skromnych warunkow mieszkaniowych na co dzień, nawet w tym świetle czułyśmy ogromną przepaść jaką dzieli ten pokój od naszego w akademiku…ech! :D


pokój 201

W pokojowej łazience leci woda onsenowa (z gorących źródeł), w dodatku jest tam „normalna” wanna (uwielbiam ofuro, ale od czasu do czasu chciałabym mieć wanne tylko dla siebie…:) ) ale nie było mi dane zanurzyć się w niej, bo najwyraźniej wraz z prądem odcięli dopływ onsenu i leciała tylko zimna woda…(A może ten onsen to tylko taka ściema dla gości, a tak naprawde woda jest podgrzewana, więc jak prądu zabrakło to wody nie było jak podgrzać do temperatury onsenowej?... to nawet miałoby sens…:D) Eeetam, w naszym ofuro też onsen leci.
Za to łóżka były baaardzo wygodne…:)

Dlatego nie wiedziałyśmy dlaczego tak źle nam się spało w pokoju nr 201 i dlaczego obydwie miałyśmy jakieś starsznie dziwne sny…? Strasznie dziwne... Może jednak nie doceniałyśmy naszego pokoju w akademiku…? :D

środa, 23 lutego 2011

遊びましょう!(Pobawmy się! )czyli wizyty w 箱根の森小学校 (Szkole Podstawowej Hakone no Mori)

(koniec stycznia)

遊びましょう!(Pobawmy się! ) czyli wizyty w 箱根の森小学校 (Szkole Podstawowej Hakone no Mori)

W pracy nuuuda. Nawet przy goannaiach nie ma już takiego „dreszczyku emocji” jaki był na poczatku, bo jak w kółko niemal powtarza się to samo to robi się nudno. Wiadomo, że czasami zdarzają się klienci zadający mniej lub bardziej skomplikowane pytania, ale myślę, że potrafimy wybrnąć z takiej sytacji. Dlatego trochę nadal nie rozmumiemy, że nie chcą nas puszczać same na te goannai, zwłaszcza, że wszyscy wokoło nas bardzo chwalą za nasze postępy i poziom. Asekuranci:D
No, ale tak tak tak, to praca w saabisu, dostajemy za nią pieniądze, a satysfakcja klienta jest najważniejsza:D

W tym tygodniu naszą odskocznią od pracy była wtorkowa wizyta w jednej ze szkół podstawowych w Hakone. Byłyśmy tam już po raz drugi (w godzinach pracy yuppi!) razem ze stażystami z Indonezji i Imu z Korei, by spotkać się z trzecioklasistami.


箱根の森小学校


Szkoła położona jest w pięknym miejscu, z wielu klas dzieci mają widoki na Owakudani, a nawet na samą Fuji.


boisko szkolne z Owakudani w tle

Fuji, rzecz jasna:)

Za każdym razem przyjmowano nas baaaardzo życzliwie. Na początku dzieci ustawiły się w szeregu i wyznaczone dwie osoby z klsay powitały wszystkich  外国の方 (gaikoku kata/cudzoziemców) w ich szkole. Później była nasza kolej, tzn. każde z nas przedstawiło się i mówiło z jakiego kraju się przyjechało.

Podczas pierwszej wizyty, na początku roku, „bawiliśmy się” w 書道(shodou) kaligrafię, co jest tradycją noworoczną .
W dużej sali gimnastycznej przygotowano stanowiska do malowania, ze wszytskimi przyrządami co są do tego potrzebne, jak papier 和紙(washi), pędzelek 筆(fude), czy 墨 sumi - tusz.





Zajęliśmy swoje miejsca, a nastepnie na środek wyszedł nauczyciel i zagrzewał wszystkich do jak najbardziej starannego rysowania, z „czystym sercem i umysłem” itd.:) Najpierw mieliśmy obserwować jak rysuja dzieci, a potem do dzieła!
Niektóre dzieci podeszły do swojego zadania baardzo poważnie , starannie przygotowując swoje pędzelki, zastanawiając się z którego miejsca najlepeij zacząć, koncentrując się przed postawieniem pierwszej kreski na papierze… kawaii:)))







Osobiście strasznie lubię to machanie pędzelkiem. Dzieci bardzo wczuły się także w swoja rolę naszych nauczycieli, podchodziły i chwaliły, ale jak trzeba, to powiedziały co należy zmienić. I tak mi się np. dostało za to, że swoje imię za pierwszym i drugim razem napisałam nie z tej strony co należy:) ale taki opierdziel mogę dostawać nawet codziennie, spoko:)


nasi mistrzowie w akcji


a oto moje gryzmoły

Za drugim razem pojechalismy, by bawić się z dziećmi w tradycyjne japońskie zabawy i przedsatwić tradycyjne zabawy z naszych krajów. Tym razem na miejsce zabrał nas prawdziwy wypasiony, żółty szkolny autobus:D Dzieciaki wyszły nawet przed szkołę, żeby nas przywitać, wziąść za rączki i zaprowadzić na szkoły. Ech, jakie to słodkie, wymiękam:)
Wymyślenie jakiejkolwiek polskiej zabawy na tą okoliczność zabrało mi i Kasi sporo czasu…(W tym miejscu przypominam: Hanna: lat 27 i Katarzyna:lat 25; dzieciństwo jest dla nich dość odległym wydarzeniem..:D) .
Pomysły były różne: na poczatek chciałyśmy zrobić ludziki z…kasztanów,tylko nie wiedziałyśmy z czego to zrobić…? Inny pomysł to pieczątki z ziemniaków, ale też spalił, bo niewiadomo czy załatwionoby nam ziemniaki w większej ilości (to nie Polska:D może drogie nie są, ale…). Później nasz Anioł Stróż zapowiedział, że może nie będzie więcej czasu niż 5-10minut, więć zostałyśmy jeszcze ograniczone czasem….Ciężka sprawa….I tak, nie mając żadnego lepszego pomysłu, postanowiłysmy nauczyć japońskie dzieci wycinanek w „polske wzorki „ ("polskie wzorki"...baaardzo naciągana nazwa…:D) Papieru i nożyczek w szkole zawsze dostatek. A oto co nam z tego wyszlo:




Całe szczeście japońskie zabawy i zabawa Indonezyjczyków trwały na tyle długo, że ani my, ani Imu nie zdążyłysmy zaprezentować swojej zabawy…

Ubaw był niezły. Podzieleni na dwójki (ja tradycyjnie z Kasia) zostaliśmy przydzieleni do grupki dzieci, z którymi przez pierwsze pół godziny bawilismy się w grę japońską. My trafiłysmy do mega mega kawaii dziewczynek, z którymi grałyśmy w 福笑いfukuwarai, które polega na tym, żeby, mając oczy zasłoniete chustą, przyczepić w odpowiednich miejscach twarzy: oczy, brwi, nos i usta. Nieraz wychodza z tego bardzo zabawne rzeczy, więc było baaardzo śmiesznie.



Później było coś, co pamiętam ze swojego dzieciństwa :dwójka nauczycieli machała długim sznurem-skakanką, a my wszyscy musielismy wskakiwać i przeskakiwać ją po kolei. Po 15 minutach tej zabawy byłam bardziej zmęczona niż lataniem po schodach z góry na dół z bagażami klientów:)

Kolejna była zabawa Indonezyjczyków, która jak się okazał była także znana pod inną nazwą w Japonii. Ciężko mi jest ją wytłumaczyć, w każdym bądź razie najpierw dwie osoby stoją naprzeciwko siebie śpiewając piosenkę, a pod ich rękami przechodzą wszyscy uczestnicy zabawy wężykiem. Osoba, która na koniec piosenki znajdzie się pod rękami tych dwóch osób zostaje „złapana” i wybiera jedną spośród dwóch rzeczy (typu: „jabłko czy banan?”) i przechodzi do drużyny, która nazywa się tak jak np. owoc, który się wybrało. Jak już wszyscy zostaną złapani do jednej z tych dwóch drużyn, rozpoczyna się bieganina po całej sali wężykiem, pierwsza osoba z danej drużyny stara się złapać „ogon” drugiej drużyny. Chyba jakoś tak to było. W każdym bądź razie było przy tym dużo krzyków, pisków, śmiechu.
Na koniec poproszono nas o powiedzenie w swoich językach jak jest „dzień dobry”, „dziękuję” i „kocham cię”. Wiadomo, język polski jest trudny, ale dzieci pomimo zmęczenia wcześniejszymi zabawami wykazywały wiele zapału i energii do nauki i wychodziło im naprawde nieźle:)

fot. Kasia

Wszystko to mialo miejsce w sali gimnastycznej, która próbowano ogrzać do znośnej temperatury jednym piecykiem, co oczywiście musiało skończyć się fiaskiem, ale kto by się tam przejmował zimnem, na pewno nie te zahartowane (zapewne od kołyski ) 9/10 latki. Kiedy zdarzyło mi się powiedzieć do jednej z dziewczynek, że jest zimno, z beztroskim uśmiechem na twarzy odpowiedziala mi coś w stylu ”Nie-eee, nie jest wcale tak zimno!”:) Jak 9 latka daje radę, to ja też, więc przestałam marudzić:D

wtorek, 22 lutego 2011

世界一の仕事, czyli najwspanialsza praca na świecie

世界一の仕事, czyli najwspanialsza praca na świecie

Kiedy w maju zeszłego roku, nasz patron, pan.O odwiedził nasz uniwersytet i przedstawił nieco bardziej szczegółowo to jak może wyglądać staż w hotelu, parę razy "ostrzegal”, że będzie cięzko.
Zmotywowana chęcią podróżowania w wolnym czasie po Japonii i ogólnie tym ile ten staż może mi pomóc rozwinąć się językowo, pomyślałam, że żadne tam prace fizyczne nie są w stanie mnie zniechęcić do wyjazdu. W końcu staruszką jeszcze nie jestem,więc dam radę!:d

O ile uznamy goannai za „popisową część” naszej pracy, tą przy której myślenie jest niezbędne, tak jednak wiekszą część dnia spędzamy na mniej „szlachetnych „ (nazwijmy to) zadaniach, przy których liczy się nie siła umysłu, ale siła mięśni:D

Wspominałam już raz o „najwspanialszej pracy na świecie” , czyli pucowaniu za pomoca szczoteczek do zebow i płynów żrąco-czyszczących metalowych części przytryzmujacych dywan na schodach.
A oto i słynne schody na zdjęciu:



W tym tygodniu doznałymy szczęścia wykonywania „drugiej najwspanialszej pracy na świecie” , czyli pucowaniu (jak ja to lubię!) za pomocą małej szczotki (tym razem nie do zębów, tylko takiej co przypominała mi naszą szczotkę do mycia garów) podłogi w pomieszczeniu, które niedawno zostało odnowione. Moje i Kasi zadanie polegało na zlikwidowaniu z podłóg pozostałosci cementu i innych zabrudzeń będących efektem ubocznym renowacji:) Wspaniale!

Na koniec najbardziej fascynująca częśc zadania - należało wymyć podłoge czymś co przypominało polskiego mopa, ale nim nie było… Wiadro do tego niby mopa nie jest zwykłym wiadrem, bo cała machineria jest przy nim zamontowana… Machineria ta ma za zadanie wycisnąć wodę z niby mopa, ale odbywa się to naprawdę w zaskakujący sposób, za pomoca takich dwoch rolek przypominających ...magiel. A rolki te wprawia się w ruch naciskając nogą taki tam nazwijmy to pedał nie pedał(no ja na prawdę nie wiem jak to wytłumaczyć...).Wszystkie użyte przy tej machinerii częsci plastikowe i metalowe sprawiają, że wiadro wydaje się ważyć tonę bez wody, a z wodą….! Kasia ledwo je niosła..Ech! I po co tak utrudniać sobie życie?...producenci polskich mopów i wiader do mycia podłóg mogliby zbić fortunę w Japonii, mowię wam…:D

Żeby nie było, w tym tygodniu nastąpiła kontynuacja czyszczenia metalowyc częsci przy schodach, więc było bosko:D

To jak już zaczęłam o tych” najwspanialszych pracach na świecie” to nie wypada mi nie wspomnieć przy tej okazji „trzeciej najwspanialszej pracy na świecie”, czyli myciu wielkich okien lobby, za pomocą samej wody (nie opłaca się używać środków do czyszczenia, bo przecież i tak się znowu ubrudzi, parwda:D).


lobby

Wybrano nas do tego odpoweidzialnego zadania, (UWAGA!) bo” jesteśmy wyoskie” (no a jak!) a okna w lobby sa wysokie (jest to bardzo czestym argumentem przy zlecianiu nam zadania mycia różnych powierzchni znajdujacych się powyżej...nie będę zlosliwa i nie napisze powyżej ilu cm...:D).Dano nam wiadra z wodą, urządzenia do mycia okien takie jak można znaleźc i u nas, tylko w wersji z mega długą rączką (bo te okna sa na serio wysokie) i jazda..!
Starałyśmy się naprawdę domyć te okna, ale efekt był frustrujacy, bo sama woda i brud, często zamieniały się w błotko na szybie, bardzo cieżko usuwalne…Musiałysmy wyglądać przy tej pracy wyjątkowo osobliwie, skoro co niektórzy klienci robili nam zdjecia, a jak Kasia chciała jednej klientce „zejść z widoku” to Pani nalegała żeby została…:D

Jak widać, bywa ciężko, ale też zabawnie zarazem, więc pewnie dlatego da się przeżyc:)

Pozatym, to jest jeszcze tutaj tak, że jak wykonujesz takie mega niewdzięczne zadanie, to inne osoby ze staffu podchodzą do ciebie w jej trakciei mówią ci „dizękuję ci (że to robisz),to musi być ciężkie”. W Polsce w takiej sytuacji spodziewałabym się, że szef by powiedział do mnie, jeżeli w ogóle by mnie zauważył i do mnie by przemówił, że „no co się gapisz, rób co masz robić!”:D

Jednego dnia jak wykonywałysmy z Imu „najwspanialszą prace na świecie” (schody), podszedł do nas jeden z prezesów hotelu i zaczął nam dziękować za to, że tak ciężko pracujemy. Może to nie zmniejszy bólu moich mięśni po wykonaniu tego zadania, ale jednak jest w pewien sposób miłe.
Drugie pozatym w takich sytuacjach to to, że nie raz się widzi, że jak trzeba to i sam nasz kacho i inni duuużo wyżej od nas, noszą bagaże klientów, zamiatają przed wejściem lub wykonyją inne prace porządkowe, ogólnie prace fizyczne, co często w Polsce uznane byłoby za uchybiające ich funkcji. Myślę, że taki przykład z góry jest dla wielu osób motywujący i sparwia, że jest łatwiej wykonywać najbardziej nawet niewdzięczne prace.
Mniej więcej tak to chyba funkcjonuje, a nam nie pozostaje nic innego jak się wpasować w ten system. しょうがない…

Autorki

Szukaj na tym blogu