środa, 2 marca 2011

新年会po raz pierwszy…, 新年会po raz drugi…, 新年会po raz trzeci… BINGO!!!

(początek lutego)

新年会po raz pierwszy…, 新年会po raz drugi…, 新年会po raz trzeci… BINGO!!!

Pisałam już wcześniej o naszej imprezie z okazji nowego roku, czyli 新年会(shinnenkai), w Guest Relaton –ka.
Ostatnio miałyśmy okazję uczestniczyć w podobnych wydarzeniach, z tym, że na troche większą skalę. Pierwsze shinnenkai było tylko naszego Fujiya Hotel Miyanoshita, drugie całej sieci hoteli Fujiya( w sumie jest ich 8).
Porównując wszystkie trzy imprezy, najprościej możnaby powiedzieć, że poczynając od tego w GR-ka, wzrastał stopień oficjalności, rangi kazdej z imprez.

Podczas Shinenkai GR-ka atmosfera była bardzo wyluzowana, było głośno ,a dla niektórych skończyło się spaniem na podłodze izakaya:D (bynajmniej nie dla żadnej z nas…) Nasz kachou (szef)był niczym dobry wujaszek, który jakby co, będzie cię krył przed surowymi rodzicami, więc można było pozwolić sobie na bardzo dużo…Nikt nie zaglądał nikomu do kieliszka, wszyscy polewali wszystkim:D Była to wyśmienita okazja do poznania wielu „nowych” osób…tzn. można było w trakcie tej imprezy dojść do wniosku, że tak naparwdę,to do tej pory nie znałeś nikogo i np. Yamada (nazwisko przypadkowe) z którym codziennie pracujesz to nie ten sam Yamada, który siedzi teraz z toba przy stole i pije piwo tylko zupełnie ktoś inny:D

Impreza Shinenkai naszego hotelu to impreza, w której uczestniczyli wszyscy jego prezesi, więc już choćby dlatego było bardziej sztywnie. Czujesz się na tej imprezie „jak w domu”, ale jesteś już na oku „rodziców” więc musisz uważać na to co robisz, mówisz, a przede wszystkim co i ile pijesz (chociaż wszyscy cię namawiają do „złego”, a jak…) Jest osoba, która prowadzi taka imprezę zgodnie z tym jak została ona zaplanowana (pamiętamy o tym, że w Japonii wszystko musi być pod kontrolą…).Na początek i na koniec wyjdzie ktoś ważny by podziękować za zeszły rok i prosić o więcej w tym nowym, ale nikt nie ma pretensji jeżeli w tym czasie skupisz swoją uwagę na jedzeniu i piciu, pamiętajac tylko o tym, żeby w odpowiednim momencie wraz ze wszystkimi wstać i krzyknąć „kanpai!” (na zdrowei!) No i nie można skończyć śpiąc pod stołem:D

Shinnenkai sieci hotelów Fujiya to już sztywka na max – wielka sala, wykwinte dania, elegancki strój wymagany, była nawet rzeźba lodowa przedstawiajaca najstarszy budynek naszego hotelu, czyli było z wielką pompą:D!


Honkan jako rzeźba lodowa

Na początku Szef Wszystkich Szefów wraz z prezesami stoją przed dzrwiami i witają kolejno przybywających gości. I tutaj mieliśmy jakiegoś master of ceremony, który panował nad parwidłowym przebiegiem imprezy (..ech! znowu ta prefekcyjna organizacja!). Szef Wszytskich Szefów przemawia bite 20 minut bo obecni sa Szefowie Wszystkich Szefów innych hoteli ,pozostali prezesi w komplecie, prasa i nie tylko, burmistrz miasta też musi mieć swoje 5 minut (a może nawet 10) – stój, słuchaj, przytakuj, śmiej się z żartów i uśmechaj się.
Oczywiście należy się pilnować…! :D Oczywiście to „pilnuj się” odnosi się do tych co są niżej niż Szefowie Wszystkich Szefów i cała gromada prezesów, bo wiadomo, że im zawsze wolno wszystko i wszędzie:D A takim pionkom jak my (ba!nawet niektórym nie-pionkom) to nie można było jeść w trakcie, tylko dopiero jak wszystkim najważniejszym gościom pomachano na dowidzenia i zamknięto za nimi drzwi. Za to można było pić, ale jak wiemy to niebezpieczne na pusty żołądek pić alkohol, bo szybciej uderza do głowy. Przynajmniej w moim wypadku…

Co jeszcze charakterystyczne na imprezach tego rodzaju to to, że polegają na tym (po tym jak jest już po przemówieniach), że krążysz po sali…krążysz..od jednego romówcy do drugiego. Powitanie, krótka kurtuazyjna wymiana zdań (ja mam często problem z wyczuciem kiedy skończyć mówić..:D) i ruszasz dalej do kolejnej osoby, scenariusz się powtarza. Tymniemniej, dzięki takim wydawałoby mało znaczącym wymianom zdań, jestes w stanie poznać dużo osób, często bardzo ważnych. Jeżeli uda ci się zrobić na nich dobre wrażenie, to znajomość taka może stać się bezcenna. Ale o tym kiedy indziej.

Na koniec krótko o zabawie, która czasami towarzyszy tego rodzaju imprezom,czyli BINGO. W naszym hotelu przy okazji shinenkai , gra w bingo stała się już tradycją. Dla tych, którzy nie są wtajemniczeni w zasady tej jakże skomplikowanej gry: dostajesz planszę 5x5 z przypadkowymi liczbami i zakreślasz na swojej planszy liczbę, która zostanie wylosowana. Jeżeli uda ci się zebrać 5 w jednej lini, to wygrywasz i krzyczysz BINGO!, żeby wszyscy o tym się dowiedzieli :D. Nagordy w naszym hotelowym były nie byle jakie, bo np. nocleg w luksusowym hotelu w Yokohamie dla 2 osób, aparat cyfrowy, rower, wielki miś maskotka, a nawet proszek do prania!:D


przykladowa płansza do gry w bingo

Potrafię naprawdę głośno się wydrzeć i bardzo chiałam zaprezentować swoje możliwości tego wieczora, ale niestety 運が悪かった (un ga warukatta) , czyli szczęście się do mnie nie usmiechnęło:( Uśmiechnęło się za to do Kasi, która wygrała….lustro!!! Takie duuuże lustro do powieszenia na ścianę, rozwiązując tym samym nasz problem spowodowany jego wcześniejszym brakiem…naprawdę miałyśmy dość za każdym razem przed wyjściem pytać siebie nawzajem „Ty, pasuje mi to?/Dobrze w tym wyglądam?”. Małe lusterka do makijażu w takiej sytuacji nie wystarczają…rozumiecie…Nawet przed pójściem na tą właśnie imprezę, marudziłyśmy do siebie, że jakby to było wspaniale mieć lustro w pokoju:) No i mamy, dzięki temu, że w Kasi wypdaku 運がよかった!(un ga yokatta), czyli szczęście się do niej uśmiechnęło:)


wygrana Kasi

Teraz każda z nas ma możliwość dokonania krytycznej samooceny zanim wystawi się na widok publiczny:D Mi było trochę smutno, że nic nie wygrałam, ale przecież to tylko dlatego, że w tej grze nic nie zależało od moich wybitnych zdolności w żadnej dziedzinie:) Przynajmniej tak to sobie tłumaczę, żeby mi było lżej przełknąć tą porażkę:D

piątek, 25 lutego 2011

Total blackout, czyli ciemno wszędzie, głucho wszędzie...co to będzie?

(początek lutego)

Total blackout, czyli ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie?

Jak już pisałam ostatnio, styczeń i luty to miesiące, w których „ruch w interesie” jest nieco mniejszy. I tak jakoś pustawo się zrobiło w środku tygodnia. Na weekendy, kiedy ludzi jest zawsze pełno, check inów jest mniej więcej 110 i wiecej, a np. w poprzedni wtorek było ich tylko 31.
Jedyne czemu sprzyja taka sytuacja to…nie, nie opierdalanie się:D, ale renowacje, remonty, naprawy i tym podobne przedsięwzięcia.

Od zeszłego tygodnia niektóre miejsca w hotelu zmieniają się w place, a właściwie w placyki budowy. W jednym miejscu coś ktoś majsterkuje przy jakiś kabelkach, w innym ktoś maluje barierki przy schodach ( bo przeciez jak codziennie po kilknascie razy przeciera się je tym arukooru to farba łatwo schodzi..:D), nie mówiąc o rewolucji jaka musi się dziać w hotelowym muzeum 史料展示室 (shiryoutenjishitsu) skoro najpierw „oskubali” je chyba ze wszystkich rekwizytów i zamknęli, a zza zamknietych drzwi słychać jakies straszne pukania, stukania i wiercenia. (!)

Od pewnego czasu w naszym jimushou (biurze) wisiała kartka zapowiadająca 2 lutego hotelową apokalipsę:D no może trochę przesadziłam…ale z powodu zaplanowanych na ten dzień remontów, czy też renowacji, miało nie być światła w calusienkim hotelu, całym, bez wyjatku. Gości oczywiście na ten dzień należało się „pozbyć”, co dla większości pracowników oznaczało przymusowy dzień wolny. Wiem, że z pewnościa niektóre osoby były zawiedzione takim obrotem sparwy, ale na pewno nie my z Kasią:) Każdy pretekst do lenistwa jest dobrym pretekstem:D

Ale przez chwilę powiało grozą, bo na ogłoszeniu było napisane, że brak prądu w całym hotelu oznacza także brak prądu w naszym akademiku (który jest niedaleko)…a to oznaczało, że klima nie będzie działać, ogrzewania żadnego innego nie ma…uwaga będzie zimno, a nawet bardzo zimno!!! Czytamy dalej….jeszcze gorzej – każą nam się wynieść na jedną noc z naszego pokoju…ale gdzie my biedne się podziejemy?...Zawsze należy czytac do końca…będziemy spać w..naszym hotelu!..? W Foresuto Rojji (Forest lodge, najnowszy budynek w hotelu).



Yeey!cieszyłymsy się, bo nam swoich pieniędzy by raczej było żal, żeby zapłacić za nocleg bądź co bądź w miejscu naszej pracy, zwłaszcza, że ceny zaczynją się od około 700pln za najtańsze pokoje…A że będziemy siedzieć w tym pokoju większość czasu po ciemku? Trudno!... Na pewno dadzą nam jakąs latarkę !:D

Dzień total blackoutu. W hotelu od rana harmider, panowie zajmujący się na co dzień naprawianiem różnych usterek w pokojach i w całym hotelu biegają tam i nazat najwyraźniej szykując się do ataku na hotelowe wnętrza z chwilą gdy zgaśnie w nich ostatnie światło…:D Aż strach pomyśleć co tu się będize działo jak już wszyscy goście z poprzedniego dnia sobie pojadą do domów...

Ten przymusowy dzień wolnego postanowiłyśmy wykorzystać na zakupy, więc pojechałysmy do Odawary.Miałyśmy wrócić zanim zrobi się ciemno, tak by „nacieszyć się” naszym pokojem hotelowym w jego pełnej okazałości, jednak zakupy i nie tylko wciagnęły nas tak bardzo, że wróciłyśmy przed 22…:)

Pod hotelem ciemności i złowroga cisza…Wchodzimy do środka a tam jeszcze gorzej – istne pobojowisko!..Hotel naparwdę ma być jutro normalnie czynny??? Niemożliwe, nie da rady! –myślałyśmy. To co się działo było istnym obrazem nędzy i rozpaczy – dywany, podłogi pozrywane,wszystko nie na swoim miejscu, poprzykrywane foliami a na foliach syf, mnóstwo kabli i kabelków na wierzchu – otwarcie hotelu jutro na czas wydawało mi się mission impossible:D

Ale nie w Japonii...Tutaj jeżeli coś ktoś zaplanuje na dany dzień i godzinę, to tak się stanie i już! Znowu górą okazała się być perfekcyjna niemalże organizacja i jakżeby inaczej – zaangażowanie pracowników, wszystkich bez wyjątku. Kiedy na następny ranek o 8 przyszłyśmy do pracy, pozostały już tylko resztki ze wczorajszego pobojowiska, a każdy kto tylko mógł brał do ręki szmatkę, miotłę, odkurzacz, czy robił cokolwiek, tak aby niemożliwe stało się możliwym, czyli aby można było o 11 normalnie powitać gości. Nas ominęła gorączka ostatniej godziny sprzątania tylko dlatego, że w ten dzień wraz z pozostałymi stażystami poszliśmy odziwedzić lokalne przedszkole:) Obeszło się jednak bez naszej pomocy (:D), zgodnie z planem hotel otwarto o 11. Kiedy po 12 wróciłyśmy z przedszkola, wszystko” hulało” jak należy.

A co do naszego noclegu w Forest Lodge…Dostałyśmy najlepszy pokój na piętrze,201, o trochę wyższym standardzie i nieco innym wystroju niż pozostałe, ale siedząc przy dwóch latarkach nie byłyśmy w stanie docenić w pełni jego uroków:D Jendakże przyzwyczajone do skromnych warunkow mieszkaniowych na co dzień, nawet w tym świetle czułyśmy ogromną przepaść jaką dzieli ten pokój od naszego w akademiku…ech! :D


pokój 201

W pokojowej łazience leci woda onsenowa (z gorących źródeł), w dodatku jest tam „normalna” wanna (uwielbiam ofuro, ale od czasu do czasu chciałabym mieć wanne tylko dla siebie…:) ) ale nie było mi dane zanurzyć się w niej, bo najwyraźniej wraz z prądem odcięli dopływ onsenu i leciała tylko zimna woda…(A może ten onsen to tylko taka ściema dla gości, a tak naprawde woda jest podgrzewana, więc jak prądu zabrakło to wody nie było jak podgrzać do temperatury onsenowej?... to nawet miałoby sens…:D) Eeetam, w naszym ofuro też onsen leci.
Za to łóżka były baaardzo wygodne…:)

Dlatego nie wiedziałyśmy dlaczego tak źle nam się spało w pokoju nr 201 i dlaczego obydwie miałyśmy jakieś starsznie dziwne sny…? Strasznie dziwne... Może jednak nie doceniałyśmy naszego pokoju w akademiku…? :D

środa, 23 lutego 2011

遊びましょう!(Pobawmy się! )czyli wizyty w 箱根の森小学校 (Szkole Podstawowej Hakone no Mori)

(koniec stycznia)

遊びましょう!(Pobawmy się! ) czyli wizyty w 箱根の森小学校 (Szkole Podstawowej Hakone no Mori)

W pracy nuuuda. Nawet przy goannaiach nie ma już takiego „dreszczyku emocji” jaki był na poczatku, bo jak w kółko niemal powtarza się to samo to robi się nudno. Wiadomo, że czasami zdarzają się klienci zadający mniej lub bardziej skomplikowane pytania, ale myślę, że potrafimy wybrnąć z takiej sytacji. Dlatego trochę nadal nie rozmumiemy, że nie chcą nas puszczać same na te goannai, zwłaszcza, że wszyscy wokoło nas bardzo chwalą za nasze postępy i poziom. Asekuranci:D
No, ale tak tak tak, to praca w saabisu, dostajemy za nią pieniądze, a satysfakcja klienta jest najważniejsza:D

W tym tygodniu naszą odskocznią od pracy była wtorkowa wizyta w jednej ze szkół podstawowych w Hakone. Byłyśmy tam już po raz drugi (w godzinach pracy yuppi!) razem ze stażystami z Indonezji i Imu z Korei, by spotkać się z trzecioklasistami.


箱根の森小学校


Szkoła położona jest w pięknym miejscu, z wielu klas dzieci mają widoki na Owakudani, a nawet na samą Fuji.


boisko szkolne z Owakudani w tle

Fuji, rzecz jasna:)

Za każdym razem przyjmowano nas baaaardzo życzliwie. Na początku dzieci ustawiły się w szeregu i wyznaczone dwie osoby z klsay powitały wszystkich  外国の方 (gaikoku kata/cudzoziemców) w ich szkole. Później była nasza kolej, tzn. każde z nas przedstawiło się i mówiło z jakiego kraju się przyjechało.

Podczas pierwszej wizyty, na początku roku, „bawiliśmy się” w 書道(shodou) kaligrafię, co jest tradycją noworoczną .
W dużej sali gimnastycznej przygotowano stanowiska do malowania, ze wszytskimi przyrządami co są do tego potrzebne, jak papier 和紙(washi), pędzelek 筆(fude), czy 墨 sumi - tusz.





Zajęliśmy swoje miejsca, a nastepnie na środek wyszedł nauczyciel i zagrzewał wszystkich do jak najbardziej starannego rysowania, z „czystym sercem i umysłem” itd.:) Najpierw mieliśmy obserwować jak rysuja dzieci, a potem do dzieła!
Niektóre dzieci podeszły do swojego zadania baardzo poważnie , starannie przygotowując swoje pędzelki, zastanawiając się z którego miejsca najlepeij zacząć, koncentrując się przed postawieniem pierwszej kreski na papierze… kawaii:)))







Osobiście strasznie lubię to machanie pędzelkiem. Dzieci bardzo wczuły się także w swoja rolę naszych nauczycieli, podchodziły i chwaliły, ale jak trzeba, to powiedziały co należy zmienić. I tak mi się np. dostało za to, że swoje imię za pierwszym i drugim razem napisałam nie z tej strony co należy:) ale taki opierdziel mogę dostawać nawet codziennie, spoko:)


nasi mistrzowie w akcji


a oto moje gryzmoły

Za drugim razem pojechalismy, by bawić się z dziećmi w tradycyjne japońskie zabawy i przedsatwić tradycyjne zabawy z naszych krajów. Tym razem na miejsce zabrał nas prawdziwy wypasiony, żółty szkolny autobus:D Dzieciaki wyszły nawet przed szkołę, żeby nas przywitać, wziąść za rączki i zaprowadzić na szkoły. Ech, jakie to słodkie, wymiękam:)
Wymyślenie jakiejkolwiek polskiej zabawy na tą okoliczność zabrało mi i Kasi sporo czasu…(W tym miejscu przypominam: Hanna: lat 27 i Katarzyna:lat 25; dzieciństwo jest dla nich dość odległym wydarzeniem..:D) .
Pomysły były różne: na poczatek chciałyśmy zrobić ludziki z…kasztanów,tylko nie wiedziałyśmy z czego to zrobić…? Inny pomysł to pieczątki z ziemniaków, ale też spalił, bo niewiadomo czy załatwionoby nam ziemniaki w większej ilości (to nie Polska:D może drogie nie są, ale…). Później nasz Anioł Stróż zapowiedział, że może nie będzie więcej czasu niż 5-10minut, więć zostałyśmy jeszcze ograniczone czasem….Ciężka sprawa….I tak, nie mając żadnego lepszego pomysłu, postanowiłysmy nauczyć japońskie dzieci wycinanek w „polske wzorki „ ("polskie wzorki"...baaardzo naciągana nazwa…:D) Papieru i nożyczek w szkole zawsze dostatek. A oto co nam z tego wyszlo:




Całe szczeście japońskie zabawy i zabawa Indonezyjczyków trwały na tyle długo, że ani my, ani Imu nie zdążyłysmy zaprezentować swojej zabawy…

Ubaw był niezły. Podzieleni na dwójki (ja tradycyjnie z Kasia) zostaliśmy przydzieleni do grupki dzieci, z którymi przez pierwsze pół godziny bawilismy się w grę japońską. My trafiłysmy do mega mega kawaii dziewczynek, z którymi grałyśmy w 福笑いfukuwarai, które polega na tym, żeby, mając oczy zasłoniete chustą, przyczepić w odpowiednich miejscach twarzy: oczy, brwi, nos i usta. Nieraz wychodza z tego bardzo zabawne rzeczy, więc było baaardzo śmiesznie.



Później było coś, co pamiętam ze swojego dzieciństwa :dwójka nauczycieli machała długim sznurem-skakanką, a my wszyscy musielismy wskakiwać i przeskakiwać ją po kolei. Po 15 minutach tej zabawy byłam bardziej zmęczona niż lataniem po schodach z góry na dół z bagażami klientów:)

Kolejna była zabawa Indonezyjczyków, która jak się okazał była także znana pod inną nazwą w Japonii. Ciężko mi jest ją wytłumaczyć, w każdym bądź razie najpierw dwie osoby stoją naprzeciwko siebie śpiewając piosenkę, a pod ich rękami przechodzą wszyscy uczestnicy zabawy wężykiem. Osoba, która na koniec piosenki znajdzie się pod rękami tych dwóch osób zostaje „złapana” i wybiera jedną spośród dwóch rzeczy (typu: „jabłko czy banan?”) i przechodzi do drużyny, która nazywa się tak jak np. owoc, który się wybrało. Jak już wszyscy zostaną złapani do jednej z tych dwóch drużyn, rozpoczyna się bieganina po całej sali wężykiem, pierwsza osoba z danej drużyny stara się złapać „ogon” drugiej drużyny. Chyba jakoś tak to było. W każdym bądź razie było przy tym dużo krzyków, pisków, śmiechu.
Na koniec poproszono nas o powiedzenie w swoich językach jak jest „dzień dobry”, „dziękuję” i „kocham cię”. Wiadomo, język polski jest trudny, ale dzieci pomimo zmęczenia wcześniejszymi zabawami wykazywały wiele zapału i energii do nauki i wychodziło im naprawde nieźle:)

fot. Kasia

Wszystko to mialo miejsce w sali gimnastycznej, która próbowano ogrzać do znośnej temperatury jednym piecykiem, co oczywiście musiało skończyć się fiaskiem, ale kto by się tam przejmował zimnem, na pewno nie te zahartowane (zapewne od kołyski ) 9/10 latki. Kiedy zdarzyło mi się powiedzieć do jednej z dziewczynek, że jest zimno, z beztroskim uśmiechem na twarzy odpowiedziala mi coś w stylu ”Nie-eee, nie jest wcale tak zimno!”:) Jak 9 latka daje radę, to ja też, więc przestałam marudzić:D

wtorek, 22 lutego 2011

世界一の仕事, czyli najwspanialsza praca na świecie

世界一の仕事, czyli najwspanialsza praca na świecie

Kiedy w maju zeszłego roku, nasz patron, pan.O odwiedził nasz uniwersytet i przedstawił nieco bardziej szczegółowo to jak może wyglądać staż w hotelu, parę razy "ostrzegal”, że będzie cięzko.
Zmotywowana chęcią podróżowania w wolnym czasie po Japonii i ogólnie tym ile ten staż może mi pomóc rozwinąć się językowo, pomyślałam, że żadne tam prace fizyczne nie są w stanie mnie zniechęcić do wyjazdu. W końcu staruszką jeszcze nie jestem,więc dam radę!:d

O ile uznamy goannai za „popisową część” naszej pracy, tą przy której myślenie jest niezbędne, tak jednak wiekszą część dnia spędzamy na mniej „szlachetnych „ (nazwijmy to) zadaniach, przy których liczy się nie siła umysłu, ale siła mięśni:D

Wspominałam już raz o „najwspanialszej pracy na świecie” , czyli pucowaniu za pomoca szczoteczek do zebow i płynów żrąco-czyszczących metalowych części przytryzmujacych dywan na schodach.
A oto i słynne schody na zdjęciu:



W tym tygodniu doznałymy szczęścia wykonywania „drugiej najwspanialszej pracy na świecie” , czyli pucowaniu (jak ja to lubię!) za pomocą małej szczotki (tym razem nie do zębów, tylko takiej co przypominała mi naszą szczotkę do mycia garów) podłogi w pomieszczeniu, które niedawno zostało odnowione. Moje i Kasi zadanie polegało na zlikwidowaniu z podłóg pozostałosci cementu i innych zabrudzeń będących efektem ubocznym renowacji:) Wspaniale!

Na koniec najbardziej fascynująca częśc zadania - należało wymyć podłoge czymś co przypominało polskiego mopa, ale nim nie było… Wiadro do tego niby mopa nie jest zwykłym wiadrem, bo cała machineria jest przy nim zamontowana… Machineria ta ma za zadanie wycisnąć wodę z niby mopa, ale odbywa się to naprawdę w zaskakujący sposób, za pomoca takich dwoch rolek przypominających ...magiel. A rolki te wprawia się w ruch naciskając nogą taki tam nazwijmy to pedał nie pedał(no ja na prawdę nie wiem jak to wytłumaczyć...).Wszystkie użyte przy tej machinerii częsci plastikowe i metalowe sprawiają, że wiadro wydaje się ważyć tonę bez wody, a z wodą….! Kasia ledwo je niosła..Ech! I po co tak utrudniać sobie życie?...producenci polskich mopów i wiader do mycia podłóg mogliby zbić fortunę w Japonii, mowię wam…:D

Żeby nie było, w tym tygodniu nastąpiła kontynuacja czyszczenia metalowyc częsci przy schodach, więc było bosko:D

To jak już zaczęłam o tych” najwspanialszych pracach na świecie” to nie wypada mi nie wspomnieć przy tej okazji „trzeciej najwspanialszej pracy na świecie”, czyli myciu wielkich okien lobby, za pomocą samej wody (nie opłaca się używać środków do czyszczenia, bo przecież i tak się znowu ubrudzi, parwda:D).


lobby

Wybrano nas do tego odpoweidzialnego zadania, (UWAGA!) bo” jesteśmy wyoskie” (no a jak!) a okna w lobby sa wysokie (jest to bardzo czestym argumentem przy zlecianiu nam zadania mycia różnych powierzchni znajdujacych się powyżej...nie będę zlosliwa i nie napisze powyżej ilu cm...:D).Dano nam wiadra z wodą, urządzenia do mycia okien takie jak można znaleźc i u nas, tylko w wersji z mega długą rączką (bo te okna sa na serio wysokie) i jazda..!
Starałyśmy się naprawdę domyć te okna, ale efekt był frustrujacy, bo sama woda i brud, często zamieniały się w błotko na szybie, bardzo cieżko usuwalne…Musiałysmy wyglądać przy tej pracy wyjątkowo osobliwie, skoro co niektórzy klienci robili nam zdjecia, a jak Kasia chciała jednej klientce „zejść z widoku” to Pani nalegała żeby została…:D

Jak widać, bywa ciężko, ale też zabawnie zarazem, więc pewnie dlatego da się przeżyc:)

Pozatym, to jest jeszcze tutaj tak, że jak wykonujesz takie mega niewdzięczne zadanie, to inne osoby ze staffu podchodzą do ciebie w jej trakciei mówią ci „dizękuję ci (że to robisz),to musi być ciężkie”. W Polsce w takiej sytuacji spodziewałabym się, że szef by powiedział do mnie, jeżeli w ogóle by mnie zauważył i do mnie by przemówił, że „no co się gapisz, rób co masz robić!”:D

Jednego dnia jak wykonywałysmy z Imu „najwspanialszą prace na świecie” (schody), podszedł do nas jeden z prezesów hotelu i zaczął nam dziękować za to, że tak ciężko pracujemy. Może to nie zmniejszy bólu moich mięśni po wykonaniu tego zadania, ale jednak jest w pewien sposób miłe.
Drugie pozatym w takich sytuacjach to to, że nie raz się widzi, że jak trzeba to i sam nasz kacho i inni duuużo wyżej od nas, noszą bagaże klientów, zamiatają przed wejściem lub wykonyją inne prace porządkowe, ogólnie prace fizyczne, co często w Polsce uznane byłoby za uchybiające ich funkcji. Myślę, że taki przykład z góry jest dla wielu osób motywujący i sparwia, że jest łatwiej wykonywać najbardziej nawet niewdzięczne prace.
Mniej więcej tak to chyba funkcjonuje, a nam nie pozostaje nic innego jak się wpasować w ten system. しょうがない…

poniedziałek, 21 lutego 2011

日常生活 życie codzienne, czyli サバイバル (survival) szkoła przetrwania

(24-28.01)
日常生活 życie codzienne, czyli サバイバル (survival) szkoła przetrwania

U nas temperaturowo zima w pełni, w jeden wieczór nawet śniegu znów padał... Zwłaszcza rano jest nieprzyjemnie, z łóżka nie chce się nawet czubka nosa wystawiać.

Ostatnio w naszym pokoju klima hula całą dobę non stop na 30 stopni. ..tak, 30 stopni, ale proszę nie wyobrażać sobie, ze w takim bądź razie paradujemy po pokoju w strojach kąpielowych:), o nie…

Nie wiem gdzie to ciepło się ulatnia… A właściwie to może wiem – prez ogromne szpary w oknach na zewnątrz, tak , że „ogrzewamy” hakońskie powietrze ..). Wiem tylko,że w pokoju tego ciepła nie ma i po wieczornym ofuro (które wspaniale rozgrzewa-nagrzewa cialo) najlepiej od razu wskoczyć pod kołdrę, jeden koc, drugi koc i się nie wynurzać do rana, kiedy po prostunie ma się wyjścia. Jest też trzeci koc, ale jak na razie stanowi warstwę izolacyjną okna:D

Każda wycieczka do toalety w takich warunkach jest drogą przez mekę, prawdziwym survivalem, zwłaszcza, że na korytarzach naszego budynku klimy, czy ogrzewania brak.

Niechętnie wynurzasz się spod kilku warstw okrycia, przeklinasz kilka razy, że musisz to zrobić i zakładasz na siebie coś co pozwoli ci przetrwać te trudne warunki jakie czekają za drzwiami twojego pokoju.Idziesz tym zimnym korytarzem (właściwie zalecany jest bieg) i myślisz sobie „Jeszcze tylko 20, 10, 5m, 3,2,1…jest!!! Ogrzewana toaleta!” .


przykładowa toaleta de lux



ta wersja toalety jest dosć uboga w fukcje...

Wprost cudowne urządzenie! :) czemu w Polsce takich nie ma wszędzie!?...nie wiem co zrobie po powrocie, bo jak raz na taką toaletę de lux usiądziesz, to chcesz, żeby zwykła pozostała tylko odległym wspomnieniem..:D
Toaleta taka oferuje szeroką gamę usług poza samym ogrzewaniem:)np. mycie czy suszenie no wiecie czego..:D a niektóre wersje pochłaniają brzydkie zapachy i właczają muzyczkę (czy też odgłosy jak szum fal), więc czyste szaleństwo po prostu!:) A co najlepsze, w Japonii te toalety to standard niemal wszędzie, nawet w toaletach publicznych jak te np. na stacjach metra czy kolei. Ja chce,żeby Polska naparwdę stała się druga Japonią!:D

Acha – w tym miejscu przypomniała mi się dosć zabawna sytuacja, która miała miejsce zaraz po przyjezdzie do Japonii. Może nie było wtedy tak zimno jak jest teraz, ale zimno było, bo okna już wtedy dawały nam znać, ze zbyt szczelne nie są…Tak więc poprosiłysmy naszego Anioła Stróża o dodatkowe dwa koce,bo nam zimno, a te co miałysmy zużyłysmy już na uszczelnienie okna...

Anioł stróż odpwoiedział, że ok, pewnie, załatwią nam koce skoro nam tak zimno, ale wyraził przy tym swoje zdiwienie i spytał czy kołdra i futon nam nie starczają…? Popatrzałysmy na siebie jak dwie debilki z Kasią, bo my przykrywałysmy się tylko kołdrą, a to coś co leżało na łóżku, to coś strasznie sztywne i ciężkie jak diabli, zainstalowałyśmy na nasz materac i na tym spałysmy:D a to coś właśnie okazało się futonem którym miałysmy się przykrywać:D


oto i on: mój futon


a taki jest gruby

Jak wytłumaczyłam Aniołowi Stróżowi co zrobiłyśmy z futonem nastąpił wybuch śmiechu (to wtedy po raz pierwszy przekonałyśmy się o sporym poczuciu humoru naszego Anioła:) ), a ja dostałam takiej głupawki, że po kilku minutach na wspomnienie o tym sama wybuchałam niekontrolowanym śmiechem, który ciężko mi było powstrzymać, co utrudniało jakże poważne zadanie Anioła, czyli nasze orientation…:)

No pewnie, że słyszałam o futonach, ale nie spodziewałam się, że to dziadostwo okaże się takie strasznie ciężkie i sztywne, stąd pomysł na jego zastosowanie u nas w pokoju…:D

Tamtego dnia wieczorem ktoś dostarczył nam dwa dodatkowe koce, a futony do dzisiaj robią za dodatkowy materac i myślę, że nawet najgorsze mrozy tego nie zmienią...

niedziela, 20 lutego 2011

Integracyjne zawody „sportowe”

W zawodach brały udział wszystkie hotele z sieci Fujiyowej. W samym Hakone są chyba ze 3 hotele, w Tokio jest, w Osace i gdzieśtam jeszcze. Kto by to spamiętał. Z Hanią pojechałyśmy tam właściwie tylko kibicować, bo nie mamy stroju ani butów odpowiednich. No i nie lubimy rywalizacji sportowej obydwie ;) 

fot. Anioł Stróż

Było nawet całkiem zabawnie. Pierwszą konkurencją był rzut laczkiem na odległość. Do chodzenia po sali gimnastycznej były kapcie (dla tych, co nie mieli odpowiedniego obuwia) i właśnie ten laczek (będący na stopie) trzeba było wyrzucić na jak największą odległość. Potem była jeszcze lepsza konkurencja. Faceci dmuchali baloniki, a kobiety miały usiąść na krześle z tym balonikiem pod pupą tak, żeby pękł. I w określonym  czasie trzeba było w ten sposób przebić jak najwięcej baloników. Były też takie całkiem normalne konkurencje. Wyścigi, biegi z przeszkodami itp. 

fot. Anioł Stróż


My wzięłyśmy udział właściwie tylko w jednej konkurencji. Wszyscy musieli wyjść na środek, zostaliśmy podzieleni na dwie drużyny, ustawiliśmy się w kółku i próbowaliśmy wrzucić jak najwięcej piłeczek do wysoko umieszczonego kosza w określonym czasie. 

fot. Anioł Stróż

Po zawodach zabrali nas na kolację. To jest najlepsza część tych imprez – szwedzkie stoły i każdy może wziąć to, co lubi. I zawsze jest pełno rzeczy, które lubię :) Zawsze jest też dużo słodkości, które pięknie wyglądają, ale nie mogę ich zjeść (bo mleko). Ale nie cierpię za bardzo z tego powodu, bo zawsze jest też wielka misa z różnymi, pokrojonymi pięknie owocami. Pomarańcze, grejfruty, kiwi, melony, ananasy, truskawki (których nie jem, bo mam ciągle traumę po zbieraniu truskawek w Niemczech). Były też jakieś „dragon fruits”. Dziwnie wyglądały, ale były ok. Nie miały zbyt intensywnego smaku w sumie. No i na takich imprezach często jest kawusia. Taka prawdziwa kawusia. Nie taka kwaśna rozpuszczalna niewiadomo jaka z automatu. Podczas kolacji zostali też ogłoszeni zwycięzcy. Nasz hotel zajął zaszczytne trzecie miejsce. 

fot. Anioł Stróż

 Ale najważniejsza była integracja pracowników, co nawet nam trochę się udało. Troszeczkę. Poznałyśmy ze dwie, trzy nowe osoby :P Ale zawsze coś. Można było też zobaczyć pracowników w ich strojach i fryzurach codziennych. Nasz Anioł Stróż okazało się, że lubi się czesać na Elvisa, a kolega z restauracji ma tak naprawdę kręcone włosy ;) Marudziłyśmy wtedy chyba trochę, że musimy ciągle na jakieś imprezy jeździć, bo miałyśmy już przesyt wystawiania nas na widok publiczny i chwalenia się nami – Europejkami. Ale teraz zawsze czekamy z wytęsknieniem na nową imprezę, która przerwie naszą nudną i monotonną codzienność ;)

W poszukiwaniu góry Fuji, czyli jezioro Ashi, Komagatake i Hakone-jinja

(22-23.01)

W poszukiwaniu góry Fuji, czyli jezioro Ashi, Komagatake i Hakone-jinja



Uwielbiam piątkowe popołudnia, kiedy „odbębniło się” swoje ,chociaż to chyba nieodpowiednie słowo bo w Japonii nic nie ma prawa się odbębniać.., więc raczej KIEDY TO SWOJA CIĘŻKĄ PRACĄ PRZEZ CAŁY TYDZIEŃ ZASŁUŻYŁO SIĘ NA ODPOCZYNEK :D i w perspektywie ma sie całe dwa dni wolnego:) robi się jeszcze milej jak ten wolny czas wypełni się odpowiednią ilościa snu, tak by mieć energię na zrobienie tego wszystkiego na co nie ma się okazji, albo czasu w tygodniu.

W tygodniu ciężko jest nam się wydostać poza naszą mieścinę, dlatego w weekendy odczuwamy ogromną chęć „wyrwania się” gdziekolwiek. Kiedy jest się na kilka dni przed kolejną wypłatą i ma się taka chęć, jest się zmuszonym wybrać miejsce do którego transport nie pochłonie zbyt dużo tego co jeszcze zostało w portfelu, albo zbyt dużo z tego co musisz od kogoś życzliwego pożyczyć (wiadomo, co się odwlecze to nie uciecze, jak powiadają:D).

Tym razem pomysł wycieczki został nam podsuniety przez naszą koleżankę z Korei, Imu, też stażystkę.
W piątek po pracy trójosobowa narada w naszym jimusho, gdzie zapadają wstępne decyzje , potwierdzone następnie podczas chit-chata na ofuro:)i uzgodnione: sobota 12 zbiórka i jedziemy do Moto-Hakone, nad Ashi-no-ko i do Hakone jinja, a potem rope way na Komagatake (to jedna z wyzszych górek w okolicy), z której zamierzałyśmy podziwiać Fuji, odczuwając straszliwy niedosyt jej widoku.



W momencie dotarcia do Moto-Hakone, pogada była baaardzo obiecujaca. Co prawda nr jeden na liśice zajmowała w ten dzień Hakone-jinja, ale kilka chmur na niebie wróżyło w tym czasie zapeirające dech w piersiach widoki na Fuji z góry Komagatake więc plan uległ pewnym zmianom. Niestety, autobus pod kolejkę linową jezdził tylko co 50 minut, więc zanim dostałyśmy się na miejsce, minęła ponad godzina, podczas której z kilku chmurek zrobiło się kilka-…dziesiąt. I oczywiście, jak to bywa zazwyczaj, prawie wszystkie z tych kilkudziesięciu chmurek „zawiesiło się” nad Fuji, tak, że niewiele jej można było zobaczyć ( dochodzą mnie słuchy, że ta góra jest bardzo złosliwa..., a może to pogoda jest złośliwa…nie wiem..), chyba, że ma się sporą cerpliwość by „złapać” ten moment kiedy choć kawałek uda się zobaczyć, no albo ma się nie mniejszą wyobraźnię, która pozwoli zobaczyć to, czego nie widać:)






No dobra..nie będę aż taka wybredna ( i marudna)-tak, tak, tak – widoki i tak zachwycają, a na dodatek zawsze można sobie powiedzieć, że Fuji w chmurach wygladą jeszcze piękniej, bo tak tajemniczo…:) z góry podziwiać można też oczywiście jezioro Ashi, a nawet można dojrzeć Odawarę, ocean…pięknie! Interesujaco wyglądają w tym dosć surowym i dzikim krajobrazie znajdujące się w dole pola golfowe, bo są takie sztuczne, „poukładane”.








Cały sczyt Komogatake można obejść w 30-40 minut specjalnie wyznaczonymi scieżkami. Niemal na samaym środku i na samym nazwijmy to sczycie szcytu stoi mała urocza jinja, w której mieszka kapłan – pustelnik..chyba mieszka. Bo kapłan z pewnoscią tam był, ale może codziennie wjeżdża do góry „do pracy” i zjeżdża na dół po jej zakończeniu? Bo każda jinja swoją drogą, to nie taki zły interes – można w niej kupić tabliczki wotywne, wróżby, talizmany itd. ,itp., nie mówiąc o tym, że jak wierny rzuci ofiarę pieniężna kami, to ktoś w końcu musi za kami tymi pieniędzmi” obracać”, prawda? Niestety to, czy kapłan był kapłanem-pustelnikiem, czy też kapłanem- biznesmanem, pozostanie zagadką Komagatake chyba na zawsze:)








Jedyne co psuje widoki z/na Komagatake jest budynek samje kolejki linowej, wygląda jak stwór z lat 80-tych ( a może i jeszcze starszy to stwór..), straszliwe zaniedbany w środku i na zewnątrz, co mnie osobiście dośc zdziwiło, bo jednak sporo turystów z tej kolejki wydaje się, że korzysta. Na dole kolejki lata 80-te i poczatek 90-tych też królowały w „architekturze” budynków noszących nazwy typu „Shopping Plaza”, takie troche nasze stare „pawilony”. Żeby wszystko dobrze współgrało, z głośników też muzyka z tego okresu, z piosenkami New Order na czele:) (żeby nie było – moim zdaniem New Order jest ok:) )

Tak się zawindow-shopowałysmy w tym Shopping Plaza, że autobus powrotny do Moto Hakone o godzinie 15.30 odjechał bez nas i zawisła nad nami groźba tego, że w ten dzień nie damy już rady wejśc na teren Hakone jinja, bo jak podawali w przewodnikach, wstęp tylko do 16...
Genialny pomysł – w drodze na kolejkę wydawało nam się, ze widziałyśmy przystanek, z którego byłoby parę kroków do świątyni, możnaby było z tego przystanku podejśc do niej „od góry” więc właśnie tam (przynajmniej tak nam się wydawało) wysiadłyśmy..Ale chyba poszłysmy nie w tą strone co należało, bo owszem zeszłyśmy „od góry”, ale wylądowałyśmy z powrotem centrum Moto-Hakone…Tak tak, niektórzy będą od razu mówić, że kobieta dobrej orientacji w terenie nie ma:D a że byłyśmy we trzy, to nasze szanse znalezienia miejsca zmalały niemal do zera...:)

Trochę zawiedzione, że nie uda nam się wejść tego dnia na teren świątyni, postanowiłyśmy chociaż podejść w jej strone i pstryknąć parę zdjęć...i niespodzianka – Pomimo tego, że było już przynajmniej 30 minut po 16, nikt nas nie zatrzymał czy też „zamknął drzwi przed nosem”, i tak wraz z innymi „spóźnialskimi” spokojnie przekroczyłyśmy teren świątyni, do której prowadzi ścieżka wśród wysokich drzew i lampionów ( w tych ostatnich świecą oczywiście żarówki:D), tworzących neisamowitą i tajemniczą atmosferę. Wyobraziłam sobie jak bardzo tajemniczo i mrocznie było w czasach, kiedy światynia została zbudowana (to co widzimy dzisiaj było kilka razy zdaje się odbudowywane), czyli prawdopodobnie w VIII wieku..i ile osób musiało czuwać nad rozpalaniem tych lampionów, które dzisiaj wystarczy zapalić jednym guziczkiem.







Sam budynek światyni, choć bardziej skromny w intensywności kolorów i rozmairze (wszak Hakone było i jest nadal „prowincją”) przypominał mi trochę Tsurugaoka Hachimangu w Kamakurze. Dookoła placu, na którym stoi świątynia także pełno zieleni, a w ogóle w całej okolicy górują wysokie cedry i to one tworzą tą tajemniczą atmosferę miejsca. Niektóre z nich wyglądają na bardzo stare, wręcz „zabytkowe” . Te zdaje się najstarsze i najbardziej okazałe ogrodzono płotkiem, a pomiędzy szpary w korze ludzie „wciskają” …monety, co wygląda dośc ciekawie, no ale przecież drzewa są jedną z siedzib kami, więc dziwić nie powinno.



fot.Kasia

Choć w pewnym momencie same zasabotażowałyśmy nasz plan wycieczki przechadzką po „Shopping Plaza”, udało się – zobaczyłyśmy wszystko, co zaplanowałyśmy, Fuji także, choć może nie w pełnej okazałości, ale jak to mówią „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”:)My z Kasia na pewno nie mamy co rwać włosów z głowy, bo przed nami jeszcze ładnych pare miesięcy na to, żeby w końcu Fuji (albo pogoda) przestała być złosliwa.

Kiedy dotarłyśmy z powrotem do naszej części Hakone, czyli Miyanoshita, było już ciemno. Po tym co w tamtej chwili pozostało mi w portfelu, ucieszyłam się, że zdążyłyśmy na kolacje do naszej stołówki i nie musze wydawać pieniędzy których nie zostało mi wiele, na jedzenie na własną rękę. (zwłaszcza że w autobusie zagapiłam się i wrzuciłam 100 Y do szufladki, do ktorej nie powinnam i koniec….zostałam zmuszona zostawic „napiwek” bo automat nie wydał mi moich 50 Y…może to niewiele, ale zawsze coś..).

Niedziela upłynęła jak zawsze baaardzo leniwie, zwłaszcza, ze było wyjątkowo zimnio i wietrznie na zewnątrz. Moje niedzielne lenistwo polega oczywiście na długim spaniu, później praniu sprzątaniu, pisaniu maili i innych bzdur, które następnie wysyłam jak idę do lobby na internet, kontaktowaniu się z Poorando, czytaniu zaległej prasy z całego tygodnia, żeby wiedzieć co się dzieje na świecie ( i móc klientom np. z Australii powiedzieć jak przyjada do naszego hotelu coś w stylu” Ojej, słyszałam o starsznej powodzi w Państwa kraju. Mam nadzieję, że region w którym Państwo żyją nie uległ poważnym zniszczeniom.” :) ), czytaniu książek, a parę razy nawet zdarzyło mi się pouczyć..(!!!).

Ale tak naprawdę to nie przepadam za niedzielami, bo od godzin popołudniowych myślę już zawsze o poniedziałku i tym, że trzeba znowu do pracy… Głupie to trochę z mojej strony zamęczać się tak o czymś co dopiero za kilkanaście godzin, ale co zrobić..:D Od przyszłej niedzieli zacznę myślec od godzin popołudniowych tak: „Ach, jak wpaniale, że niedziela się już kończy i za kilkanaście godzin będę mogła pójśc do pracy uszczęśliwiać innych. Nie mogę się doczekać!.”… Tak, to brzmi o wiele lepiej. Bardziej „po japońsku” prawda? Później pozostanie mi tylko w to uwierzyć:D

Autorki

Szukaj na tym blogu